Sytuacja zamieszkiwania pod jednym dachem z osobą, członkiem rodziny, który przyjmuje narkotyki, jest sytuacją niezwykle trudną. Wiele doświadczonych nią osób używa określenia bardziej dosadnego - piekło. To jedno słowo ilustruje dramat, przez które przechodzi tysiące osób, rodziców, żon, mężów, dzieci osoby uzależnionej od alkoholu lub narkotyków. Statystycznie na każdą osobę uzależnioną od opiatów przypada więcej niż jedna, współcierpiąca bliska osoba. Alkoholików i narkomanów mamy setki tysięcy, ale osób ponoszących bezpośrednie konsekwencje narkomanii i alkoholizmu, członków ich rodzin już miliony.
Uzależnione dziecko to ciągłe napięcie między jego rodzicami, wzajemne obwinianie się, wiszący w powietrzu rozwód do którego nierzadko dochodzi. Natomiast uzależnieni rodzice to jedna z najgorszych traum, jaka spotyka dzieci i objaśnianie jej oczywistych konotacji można pominąć. Tradycyjne podejście terapeutyczne, proponując osobie uzależnionej jedynie leczenie abstynencyjne, ma niewiele do zaoferowania członkom i członkiniom rodziny, której pragnącym z niego skorzystać. Z reguły doradza się rodzicom wyrzucenie narkomana z domu i wielu decyduje się na ten dramatyczny krok. Dodatkowo oferuje się jeszcze grupę wsparcia, która ma przygotować na najgorsze.
Oto kilka fragmentów z opowieści rodziców:
BS. (matka M., od dziewięciu lat pacjenta programu metadonowego) – Nigdy nie mogłam długo wytrwać w postanowieniu. Wyrzucałam z domu i za tydzień na powrót wpuszczałam. Bywało, spał na wycieraczce. Raz siedzi, oparty o drzwi. Obydwie ręce złamane, twarz czarna od krwi i sińców. Wracałam do domu, z przedszkola, z Sylwią (córka M., wówczas czteroletnia). Wystraszyła się… Był później psycholog, co noc płacz. Nie mogę nic dobrego ani złego powiedzieć o tym leczeniu. Tyle tych ośrodków: Grzmiąca, Kazuń, Monar, Sronar, wszystko na nic. Kilka dni i wracał. Ale mogli chociaż powiedzieć o metadonie. Nikt ani słowa… Teraz Sylwia kończy gimnazjum. Prawdę mówiąc z M. nie ma wiele pożytku. Schorowany. Trzustka, wątroba. Ale jest. Zajmuje się domem, sprząta, ugotuje. Gdyby tak, kilka lat wcześniej zaproponowano mu leczenie…
RR (mężczyzna którego syn zmarł z powodu narkotyków) – W domu nie było już nic, zostały meble, szmaty. Poszedł kredens zabytkowy, przedwojenny, wideo, telewizora nie mam tu do dzisiaj. Później pieniądze i co cenniejsze rzeczy trzymałem u brata albo sąsiadki…. Był od małego łobuzem, lałem go, żona broniła… nie był z tych najgorszych… Kradł, ale nic więcej. Jego koledzy z ulicy siedzieli nawet za morderstwo... Całymi miesiącami nie było o nim słychać… Ja już go w tamtym czasie pochowałem… Żona miewała różne sny, zamartwiała się… nigdy nie odpuściła. Później się dowiedziałem, że chodziła na dworzec dawać mu jakiś grosz, dzwoniła, szukała. W sekrecie przede mną wpuszczała do domu, karmiła, prała. Zmarła niecałe dwa lata po nim. Piję. Nie za dużo.
AN (kobieta, której córka od roku przyjmuje metadon) – Zmieniło się wiele, szczególnie dla nas (dla rodziców). Żyjemy sobie we trójkę, jest spokój. Dwa lata już pisze pracę magisterską… Praca byle jaka, ale jest. Nie ma przecież jeszcze trzydziestki… Przecież i ten metadon można rzucić. Ale nie naciskam… Nie chcę nic popsuć. Przecież ten koszmar może wrócić.






